Instead of photos
...skanuje, skanuje te zdjecia, jedno po drugim. Jeszcze tylko jedenascie rolek i bedzie po wszystkim.
Overnight bum-bum - tlum. autora: mimo najszczerszych staran, po wygnaniu chlopakow Wuja Sama z Sajgonu, po ponad dwudziestu latach walki wietnamskiej komuny z panienkami lzejszych obyczajow, przemysl zdecydowanie rozrywkowy na ulicach Sajgonu kwitnie, bo nie ma innego wyjscia, jak sie chce sprostac "wszelkim oczekiwaniom turystow", skoro juz sie otworzylo kraj przed turystami.
Baby massage - tlum. autora: to samo, tylko w wydaniu dyplomowanych masazystek w ekskluzywnych hotelach Sajgonu.
- To ja Ci wisze za piwo wczoraj, jemu za taksowke z lotniska, on mi jest krewny za sniadanie w Hanoi w poniedzialek, a ty mi wisisz za wczorajszy obiad.
- Ma ktos jeszcze w obrocie jakies papiery dluzne i weksle, bo zamykam gielde?
To cyctat pierwszy, regularnie powtarzajacy sie w czasie naszej eskapady po Indochinach. Drugi cytat jest niemym dowodem na to, ze swiat sie skurczyl i zglobalizowal. Tlem cytatu jest Siem Raep w sercu Kambodzy, godzina pozna, bardzo pozna, lub wczesno poranna, jak kto woli. Moi wspoltowarzysze podrozy wracaja z pubu, rozanieleni, rozochoceni i zmeczeni uzupelnnianiem plynow. Wracaja zakurzona ulica czlapiac z wolna w strone hotelu i mijaja grupke smacznie wygladajacych przedstawicieli homo sapiens plci piekniejszej.
- Czesc bobry! - rzucaja niewyuzdane, w rasowej polszczyznie, zwyczajowe w tym stanie umyslu, pozdowienie w strone bobrow.
- Czesc chlopaki! - rzucaja, w tej samej rasowej polszczyznie, bobry.
Po czym nastepuje konsternacja pomieszana z otrzezwieniem. A na koniec... Klasyka gatunku:
- Kaca mam.
- Kaca? A co mysmy wczoraj wypili, ze masz kaca? Pare piw i wiaderko wodki?
Korzystajac z okazji, ze dopadla mnie rekonwalescencja poprzeziebieniowa, siedze w domu i skanuje zdjecia. Jestem w... gdzies w okolicach konca poczatku. Pierwsze skany juz na stonie. Kolejne czekaja w kolejce.
Aj em bak. I to z totalnym przeziebieniem, o ile nie z grypa (nie ptasia, jak mniemam) lub innym zapaleniem czegostam w drogach oddechowych.
A wszystko przez klime w wozie, ktorym wracalismy z Mui Ne do Sajgonu. Gosciowi wysiadlo wszystko i pol drogi jechal na opuszczonych szybach, a drugie pol na pietnastu stopniach z klimy. A na zewnatrz rozciagalo sie blogie plus trzydziesci z hakiem. Kazdy postoj byl gwozdziem do trumny dzisiejszego przeziebienia. Coz robic. Trzeba sie leczyc.
Przed naszymi oczami caly dzien, od wczesnego rana, przesuwaja sie po plazy tubylcy, ciagnacy ogromne sieci, ktore raz na jakis czas wybieraja z mozolem na brzeg i wyciagaja z nich kilogramy ryb, kalmarow, krewetek, krabow i innych niekoniecznie apetycznie wygladajacych i totalnie nieapetycznie pachnacych indywiduow, ktore, wczesniej posortowane i posegregowane wielkoscia i przynaleznoscia gatunkowa, wieczorem skoncza swoj zywot w kipiacych wrzatkiem garnkach okolicznych knajp i domow.
Czujemy sie dziwnie. My lezymy z chlodnym Tigerem w rece, pod obwieszonymi kokosami, kolyszacymi sie na wietrze palmamia, a oni powoli, z nieskrywanym wysilkiem przemieszczaja sie z lewa na prawo, trzymajac mocno w rekach grube liny, ktorych konce gina w morzu. Czujemy sie dziwnie. Imperialisci jedni, zrelaksowani, podczas gdy lud pracujacy Socjalistycznej Republiki Wietnamu tyra w pocie czola.
Jeden z tubylcow wychodzi z morza i wlecze po piachu ogromna meduze. Ogromna. Mam obawy, ze mialbym problem wsadzic ja do mojego osiemdziesieciolitrowego plecaka. Podchodze i robie zdjecie. Tubylec, z usmiechem na twarzy, gestami tlumaczy, ze bliski kontakt z lezacym u jego stop galaretowatym cielskiem bezapelacyjnie skonczyc sie moze dla bladych twarzy dlugotrwalym leczeniem w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej.
Za naszymi plecami niewielki, przytulny osrodek, w ktorym zamieszkalismy za smieszne pieniadze. Osrodek niemalze pusty, jesli nie liczyc paru, doslownie paru przyjezdnych, ktorzy trafili tu w podobny jak my sposob i na podobnie krotki oddech w trasie przez Indochiny, oraz nielicznej obslugi, w wiekszosci zajetej porzadkowaniem otoczenia wyludnionego basenu.
Na horyzoncie pojawily sie ciezkie chmury, wieje silniejszy wiatr. W Polsce mozna miec pewnosc, ze nadciaga burza. Tu pewnosci nie ma sie zadnej. Dwa dni temu zapowiadali pojawienie sie cyklonow w okolicach Sajgonu, oddalonego od nas jakies dwiescie kilometrow na poludniowy zachod. Jutrzejszy powrot tutejsza "droga krajowa numer jeden", zawalona po brzegi skuterami, rowerami, tuk tukami i chinskimi ciezarowkami jadacymi nie wiecej niz trzydziesci kilometrow na godzine, i bez cyklonu bedzie nie lada wyzwaniem. Z cyklonem na karku bedzie kwintesencja hardcore'u.
Czytamy w Onecie, ze w zachodniopomorskiem zaatakowala zima. Patrzac na termometr wiszacy nad komputerem, z ktorego teraz korzystam, mozna odniesc wrazenie wiszacej gdzies w powietrzu lekkiej schizofrenii.
Koniec wyprawy. Wczoraj wrocilismy z Kambodzy, przez ktora przeszlismy, niczym przecinak. Najpierw jedenascie godzin w lokalnych autobusach z Sajgonu do Phnom Penh i dalej do Siem Raep, majac non stop za oknami krajobrazy z "Plutonu" Stone'a: podmokle pola ryzowe, poprzetykane skleconymi z byle czego domkami na palach, zamkniete na horyzoncie dluga linia wysokich palm. Co jakis czas w ten krajobraz wpadaly grupki tubylcow przycupnietych przy drodze, sprzedajacych wszystko, co teoretycznie mozna zjesc: od swiezych, pachnacych i ociekajacych slodycza owocow, po talerze smazonych tarantul. Potem byly dwa dni w Siem Raep, wypelnione szwedaniem sie po Angkor Wat i wieczornymi penetracjami pubow w celu uzupelnienia plynow w wyssanym z potu organizmie. Kambodze zegnalismy uciazliwym nieco, porannym oczekiwaniem na powrotny samolot do Sajgonu, spedzonym w oparach wilgoci, upalu i muzyki ludowej, puszczonej na ulicy z gigantycznego kolchoznika. Slychac te jeki bylo chyba w Malezji.
Wieczorem dojechalismy do Mui Ne i dzis, w przeddzien powrotu do domu, siedzimy na plazy, maczamy nogi w Morzu Poludniowochinskim i nie robimy nic. Absolutnie nic. Jutro piec godzin samochodem do Sajgonu, potem samolotem do Hanoi i dalej do Hong Kongu, tam krotka noc i dziesiec godzin lotu do Helsinek. W niedziele wieczorem Warszawa.
I bedzie tego.
Na wczorajszy wieczor i noc spuszczona zostanie zaslona milczenia. Sobota byla, to i sobie chlopaki zrobily goraczke sobotniej nocy.
Po wlaniu w siebie paru wiaderek piwa, i nie tylko, w gronie przypadkowo spotkanych rodakow specjalizacji psychiatrycznej, dzisiejsza poranna podroz do dawnej kwatery Vietkongu byla raczej leczeniem - powiedzmy to szczerze - kaca i odbyla sie bez planowanego wczesniej strzelania z kalacha. Na kacu nie powinno sie patrzec na kalacha, tym bardziej strzelac z niego. I to w srodku dzungli, w ktorej i bez kaca z czlowieka leje sie pot jak z wodospadu Niagara.
Teraz bedzie grzecznie. Najpierw foot massage, potem lozeczko i ksiazeczka, a na wieczor kolacyjka i nyny. Jutro do Kambodzy.
Wyparowani z potu i chwilowo opadli z sil udajemy sie na krotki oddech i albo idziemy znow w szeroko pojete "miasto", albo udajemy sie spenetrowac najblizszy kwartal ulic, jako ze nasz hotel okazal sie stac w centrum swego rodzaju undergroundowej "dzielnicy czerwonych latarni", albo tez udamy sie spokojnie do pokoju zdezynfekowac sie butelka nabytego za rogiem Jamiesona. I pojsc spac.
Jutro jedziemy postrzelac z kalacha w dawnej bazie Vietcongu.
Wyprawa dotychczas przypomina ostra jazde bez trzymanki. Tempo zawrotne, ilosc wrazen na minute przekracza wszelkie normy do tego stopnia, ze czasami wydaje nam sie, ze jestesmy w podrozy nie tydzien, a pare miesiecy. Co zmieniamy miejsce pobytu, od razu wpadamy w inne barwy i zapachy, trafiamy na innych ludzi, inny krajobraz, inny rytm zycia. Hong Kong byl wielkim miastem schowanym w lesie drapaczy chmur, Hanoi otworzylo przed nami czysta, zywa Azje, gory Sapa daly odpoczac, choc tylko odrobine, a Sajgon... Sajgon to "czysty sajgon".
Przed chwila wyskoczylem spod zimnego prysznica, wyszedlem przed hotel, powachalem ulice, przygladalem sie jakas minute ludziom, ktorych strumien przeplywal przede mna z lewa na prawa i z prawa na lewa, i od razu splynalem potem.
Zdjec zrobilem tony, tyle, ze na klasycznych blonach, wiec pojawia sie na blogu dopiero po moim powrocie. I to nie wszystkie od razu, bo czesc filmow bede mogl wywolac od razu, na czesc przyjdzie mi poczekac z dwa tygodnie, a czesc bede wywolywal recznie z miesiac, nawet dwa. Potem wszystko to musze poskanowac i stopniowo wrzucac do sieci.
Wracam powochac Sajgon. Pachnie nieopisanie. To tak, jakby Eskimosa spytac, jak pachnie noca zycie na ulicach miasteczek wysp greckich. Nie znajdzie na to slow.
Dzis rano wrocilismy z gor Sapa i od razu na samolot do Sajgonu. Temperatura na zewnatrz przekracza trzydziesci stopni, wilgotnosci nie da sie zmierzyc. Ogromna. Za chwile ruszamy w miasto.